Samo dobrze widoczne,
Samo dobrze widoczne, jak w lusterku z Sonią Henie. Czasem, spoglądając na śpiącego żandarma, tracił gwałtownie humor. Przypominał mu się bowiem dziad Ligaś z rodzinnego Włocławka. Dziad Ligaś miał twarz pozbawioną zarostu i pomarszczoną jak suszona śliwka. Właściwie nie był dziadem, lecz rzemieślnikiem czy może nawet artystą. Lepił z gliny koguty podobne raczej do młynków od kawy i malowane W dziwaczne kolory, aeroplany przypominające z kolei kaczki i różne inne rzeczy do niczego niepodobne, które tylko on potrafił rozpoznać i nazwać zgodnie ze swą intencją. Sprzedawał to za „co łaska\\\", ale przecież nie była to zwykła żebranina i ludzie to właśnie cenili. — Ligaś — mówili ludzie — zrobilibyście z gliny karabin maszynowy? I Ligaś robił karabin, który zamiast lufy miał korbę. Raz jakieś łobuzy potłukły Ligasiowi gliniane cuda. Porwał się Ligaś do bitki, do obrony swego mienia i dzieła. Zbili go na kwaśne jabłko, siedział potem pod słupkiem starego płotu, a z kącików ust spływała mu po chropawej brodzie krew. Ten epizod z Li-gasiem przypomniał się Andrzejowi tak na dobre dopiero tu, w karniaku, na widok żandarma. Dotąd zawsze pamiętał Ligasia sprzedającego swe cuda przy pomocy uciesznych min i skrzekliwego głosu, tamta zaś bitka zatarła się w dziecięcej pamięci i tutaj dopiero odżyła. Ligaś na długo przed wojną zniknął z Włocławka, podobno wyemigrował do Płocka. Gdyby teraz zjawił się tu Ligaś, wątpliwe, czy dziobaty żandarm fatygowałby się tłuc jego gliniane zabawki albo skuć mu mordę. Nie zrobiłby tego również żaden heftling. Więc może Studnicki-geomet-ra miał trochę racji, kiedy mówił, że każde zło ma jakąś swoją dobrą stronę, każda zbrodnia ma coś z miłosierdzia, a każde piekło coś z raju. Ale Ligaś nie zjawił się w karniaku, za to pewnego dnia zniknął Studnicki. Uciekł? Bali się więźniowie, że nastąpią represje, może wszystkich przerzucą do Auschwitzu, skąd zapewne trudniej zniknąć. Ale nic się nie działo. Tylko pogoda nagle stanęła dęba. W samym środku wiosny, pierwszego maja to było, spadł gęsty śnieg. Drzemiącego pod karczem żandarma omal nie zasypało i może przez tę niebywałą pogodę żandarm dopiero nazajutrz spostrzegł nieobecność geometry. Pustą pryczę w baraku, opuszczoną przez Studnic-kiego, zaczęto traktować jako mebel pośredni między kanapą a komodą. Aż któregoś dnia Studnicki wrócił. Gdyby słup podtrzymujący barierę przy wejściu na Piąte Koło odezwał się do kogo „hajhitla\\\", nie wywołałby większego zaskoczenia niż odzyskany Studnicki. Ktoś chciał się z nim przywitać, ktoś krzyknął: „Aaa!\\\", ktoś zaklął: „Kurwa jego mać!\\\", Andrzej złapał przybyłego za łokieć i spytał: — Czy to pan, czy pański duch? — Nakryli mnie — odrzekł Studnicki — ale czemu nie wzięli mnie do Auschwitzu albo pod mur, tego zupełnie nie pojmuję. Okazuje się, że wszystko jest możliwe na tym najbardziej obłąkanym ze światów. Plecy miał sine, na nich gdzieniegdzie nie zagojone rany — zbili go gorliwcy z Schupo na posterunku, jeszcze zanim go tu odstawili. Zdziwienie jego z powodu trafienia z powrotem na Piąte Koło minęło nazajutrz, kiedy wyfasował sporą żelazną kulę z łańcuszkiem, podobną do lekkoatletycznego młota. Po wyjściu na Koło musiał pod nadzorem zezowatego żandarma przypinać sobie tę kulę do nogi, a żandarm chował klucz od zatrzasku. Kiedy schodzili z roboty, Studnicki obok łopaty niósł na plecach ów klejnocik, potem składał go pod pryczą okręcając łańcuszek wokół drewnianej nogi mebla. — Robią cyrk — mówił Studnicki i nie tracił humoru. Andrzej teraz niespodziewanie dla samego siebie zainteresował się Studnickim, choć przedtem miał go za kanalię. Rychło też przyzwyczaił się do niego tym
Poprzedni - Dodatkową godzinę. NieNastępny - Rodzajem przyzwyczajenia, któr.